Artykuł pierwszy raz został opublikowany w numerze 28. Dragonia Magazine w styczniu 2009 roku.
Kiedy podczas rozmowy z Naczelnym padł pomysł tego artykułu, miał on być kolejnym, po „Mandriva okiem użytkownika Ubuntu” Łukasza Ciesielskiego(?), tekstem totalnie subiektywnie opisującym wrażenia użytkownika przechodzącego z jednej dystrybucji na drugą. Jednak ta rozmowa miała miejsce już dość dawno temu. A moje przemyślenia na temat tego artykułu pobiegły trochę dalej. Jednak będę trzymać się pierwotnej koncepcji: jakie były moje odczucia na temat Mandrivy, a jakie na temat Gentoo? Co skłoniło mnie do zmiany systemu? I który z nich teraz „bardziej mi się podoba”? Więc:
Mandriva…
Mandrivy używałam od dawna. Płytę z wersję 8. ciągle mam na półce, chociaż nigdy jej nie zainstalowałam. Pamiętam, że próbowałam używać 9.2, 10… tak naprawdę ta dystrybucja zaczęła być dla mnie podstawowym systemem od w wersji 2005. Aż do numerka 2007.0 był to dla mnie najlepszy możliwy wybór. System był prosty, szybki, stabilny. Miał wszystko to, czego potrzebowałam i nie sprawiał problemów. Jednak potem coś zaczęło być nie tak. Wersje 2008 – jedna gorsza, druga lepsza. Jednym działa, innym nie działa. Czasem po zainstalowaniu system był nie do użytku. Wystarczyło zainstalować jeszcze raz i – magia – tym razem działał w porządku. Nie zmieniało to jednak faktu, że Mandriva stawała się dla mnie zbyt kombajnowata, zbyt wielka, za mało wydajna. Miałam wielki i fajny system, chociaż większości aplikacji nigdy nie włączyłam. A on sam uruchamiał się… ojej. Powiem tak: Windows XP zaraz po instalacji potrafił się uruchomić szybciej niż Mandriva. To było bolesne. A kiedy kupiłam nowy komputer i wersji 2008.1 praktycznie nie mogłam na nim używać (gdybym powiedziała, że NIC nie działało, to wyszłoby na to, że działało i tak więcej niż naprawdę…). Dlatego musiałam zostać przy „starej” 2008.0 (tu plus dla Mandrivy za wydawanie aktualizacji do kilku wersji wstecz). W tym czasie robiliśmy z Naczelnym pakiety rpm dla Mandrivy. Udało mi się uruchomić 2008.1 wirtualnie, a robienie pakietów nie wymagało zbyt wiele, poza kompilatorem i paroma programami pomocniczymi. Jednak czekanie aż wirtualny system się uruchomi (co czasem trwało w sumie krócej niż „budzenie” go z hibernacji – a wybudzanie systemu w Vmware trwa naprawdę długo…) było straszne. Przyznaję, że w pewnym momencie pakiety robiłam tylko dlatego, że Dragon prosił. Po dwóch miesiącach robienia pakietów, wirtualna Mandriva 2008.1 też musiała polecieć w kosmos, kiedy odmówiła współpracy po prostu się zawieszając zaraz po uruchomieniu.
Coraz większy rozmiar Mandrivy, jej „fochy i histerie” zmusiły mnie do szukania alternatywy. Na początku nie szukałam systemu zauważalnie mniejszego czy bardziej wydajnego (w końcu przez 90% czasu nie używam komputera do żadnych super ambitnych celów, które wymagają maksymalnej wydajności) – szukałam systemu, który byłby wygodny, stabilny i nie strzelałby fochów co 3 uruchomienia…
Poszukiwania
Testowałam kilka dystrybucji. Było OpenSUSE. Jednak okazało się zbyt wielkie. Przywoływało za dużo wspomnień z kombajnowatości Mandrivy. Poza tym instalacja pakietów całkowicie nie odpowiadała. Jeśli coś mi się podobało w Mandrivie to URPMI – proste i sensowne, a równocześnie mogące wszystko. „Suseł” odpadł.
Rozważałam Debiana. Ale apt mnie odrzucił… Myślałam o Slacku, ale brak jednolitego zarządzania tym, co się ma w systemie mnie przeraził. Fedora, kopie Debiana czy Mandrivy… to nie było dla mnie. Wtedy ktoś (dzięki, eftep!) mi powiedział: „Weź se zainstaluj Gentoo jak człowiek!”. No to… zainstalowałam :)
Gentoo…
Na początku było słowo… no, czytane. Wspaniały manual o instalacji Gentoo. Po drugim akapicie stwierdziłam, że w sumie to mi się nie chce tego robić… Ale desperacja zmusiła mnie do opalenia LiveCD. Tam zobaczyłam coś tak strasznego (tak, teraz wiem, że strasznego) jak instalator! Hm. Uruchomiłam. Przyznaję się. No bo jak dają, trzeba korzystać. To było… ciężkie. Gentoo miało wtedy wersję 2007.0. Instalator… działał. To jedyna dobra rzecz, którą można o nim powiedzieć. Po kilku podejściach zainstalował system. „Myk” polegał na tym, że zmuszenie go do instalacji czegokolwiek poza podstawowym, minimalnym system prowadziło do problemów. Wystarczyło, że jakikolwiek, choćby najmniejszy, pakiet się nie skompilował i zakończył z błędem, instalator przerywał pracę i odmawiał instalowania czegokolwiek dalej. Owszem, sensowne. Ale jeśli taki błąd pojawił się, na przykład, już przy kompilacji czegoś związanego ze środowiskiem graficznym, a cały system podstawowy był już zainstalowany poprawnie, to instalacja mogłaby być kontynuowana bez przeszkód. W końcu kolejnym i ostatnim krokiem była instalacja programu rozruchowego (do tego brak grafiki nie był problemem…). Ale cóż, po kilku próbach udało mi się uzyskać od instalatora system. Tylko podstawowe nic, ładujące się bez problemów. Całą resztę już umiałam sobie „dorobić”. Po kilku godzinach okazało się, że to… działa. Całkiem szybko, miło i przyjemnie. Wprawdzie w systemie był milion usług, które w życiu nie będą mi potrzebne, a kernel był skompilowany z domyślnymi ustawieniami (zgroza…!). Nie powiem, żeby się to uruchamiało zadziwiająco szybko, ale i tak było sto razy lepiej niż w przypadku Mandrivy. Po jakimś czasie zaczęły się jednak problemy. Okazało się, że miliard niepotrzebnych rzeczy może robić zamieszanie. Wtedy przyszedł czas na przeczytanie manuala o instalacji. I tu nadszedł szok.
Okazało się, że te wszystkie strony o instalacji to tak naprawdę wcale nie są takie długie. A większość rzeczy, które można tam przeczytać jest albo oczywista albo prosta do pojęcia. Wtedy zainstalowałam Gentoo „po ludzku” (chociaż wiem, wiem, jak to przeczyta ktoś z #gentoo.pl to mi powie, że po ludzku to się instaluje Gentoo ze stage1. Ale do tego manuala nie dają :P).
Teraz
W momencie pisania tego zdania (styczeń 2009) mój komputer i Gentoo dogadują się od co najmniej pół roku, jeśli nie dłużej (zawsze mam problem z datami). A ja jestem więcej niż zadowolona. Porzuciłam Gnome dla Fluxboksa. Mam w systemie jakieś 20 aplikacji, których naprawdę używam. I jeszcze mnie usług, które są mi potrzebne. Całość włącza się 3 razy szybciej niż Mandriva, a wszystko działa o wiele sprawniej niż w poprzednim systemie.
Chyba kocham nową dystrybucję… jak to mówią – kobieta zmienną jest :P